Pozwolę sobie przedstawić drugą osobę do przemaglowania. Jest to poetka
zupełnie inna od poprzednio przedstawianej, nie stawiająca na ekstrawersję,
a na elegancję słowa i formy. Z Aleksandrą Zbierską łączy ją to, że nadal
należy ją uznać za poetkę nową, która dopiero ostatnio zaczęła dobijać się
do świadomości czytelniczej (mimo, że debiutowała ok. 10 lat temu).
Wybranie właśnie jej jest wyborem zupełnie subiektywnym, ponieważ jej
teksty ujęły mnie właściwie od pierwszego czytania. Mam nadzieję że wam
również przypadną do gustu.
Wioletta Grzegorzewska - Ur. 9 lutego 1974 r. Poetka. Pochodzi z Rzeniszowa
(woj. ślaskie). Mieszka w Ryde na wyspie Wight. Opublikowała tomy wierszy:
"Wyobraźnia kontrolowana" (1998), "Parantele" (2003), "Orinoko" (2008)./za
www.literackie.pl/
Wszystko o moim ojcu
Ojcze, synu mętnej Warty, synu Bożego Stoku,
synu śląskich akwenów i jurajskich kamionek,
wojowniku w tatarakach z bambusową bronią,
prowadzący wojny podjazdowe z piżmakami,
które odważyły się przegryzać tętnice grążeli,
kozetkowy onanizatorze, niech mnie pamięć myli,
Wędkarzu w liściu łopianu na głowie, magiku,
który czarowałeś skręta ze śliny, tytoniu, bibułki.
W dymie byłeś znawcą mitologii chrząszczy,
takich jak Tribolium destruktor żyjący w orzechach,
który niszczy w zagrożeniu swoje młode larwy,
muzykancie krzywdzący w nocy niewinne
bandżo i moje uszy wielkimi improwizacjami,
grający na liściach przed oniemiałą rodziną
piosenki Elvisa Preslya i więzienne ballady,
pszczelarzu, przenosiłeś gołymi rękami
z jabłoni do ula młode roje i karmiłeś je karmelem,
gołębiarzu, kłusowniku, mistrzu ceremonii,
przeszukiwałeś areały ażurowych kości,
zwinięte w zbożach kuropatwy nabierałeś na wnyki;
bażanty pozbawiałeś godowej maści i powietrza,
stare liliputki naciągałeś na miedziane szkielety,
czyste wnętrza kun faszerowałeś watoliną,
ojcze, którego odnalazłam, niech mnie pamięć myli,
na liście Wildsteina, który na portierni szkoliłeś
robotników, aby kasowali w datownikach karty pracy
jak chore, białe języki, odźwierniku posyłający
papier na sponiewieranie, biegający na pochody,
na zabawy, na odpusty, Don Juanie wiejski,
felczerze od wszystkich boleści, ratowałeś
moje życie psim sadłem, niech mnie pamięć myli,
królu hipochondryków umierający codziennie
na jedną z pięciuset stron Medycyny Domowej.
Niech będzie przeklęty ten sinawy zimorodek,
który wygrzebał gniazdo w twoim słabym sercu.
Stancja w Siemianowicach
We śnie biegnę z mamą przez Bytowski Park,
w którym wampir pochował ciocię Anię.
Tę sprawę dawno umorzyły lokalne gazety,
ale mama mruży oczy, jakby nie ufała światu.
Lecimy meandrami linii tramwajowych
i krzywych wiaduktów na dziesiąte piętro,
tam mieszkają osierocone kuzynki.
Pod blokiem termity parkują samochody,
w kolejce przed sklepem mięsnym toczą
śląską mortadelę; znikają w sztolniach.
Coś wisi w powietrzu i wchodzi do gardła.
W hotelu przy żyznej
Czytam "Rozmyślania Przemyskie".
Na świetlicy Rosjanie oglądają pornusa
(do tego niepotrzebny jest lektor),
o świcie pakują tajemnice do jutowych toreb
i wyruszają do Bazarowego Królestwa.
Próbuję napisać list skostniałymi palcami:
"Mamo, wreszcie znalazłam przytulną stancję"
tak ciepłą, że strach nie pozwala zamarznąć,
wieczorem nie można wejść pod prysznic,
wataha śliniących się wilków pożera
studentki w bawełnianych pidżamkach.