Opowieść Wigilijna, czyli czy Święci Mikołaje hodują elektryczne owce?
::: Michał Gostkiewicz :::
Opowieść Wigilijna :)
"Czy Święci Mikołaje hodują elektryczne owce?"
Warszawa, 2013 r.
późne popołudnie
mniej więcej pora na herbatkę
albo lufę.
Plan dalszy: duży, zakończony iglicą, pomalowany w czarno -
białą "zebrę" brzydki budynek w samym środku miasta.
Plan bliższy: człowiek w kanarkowożółtym płaszczu i jaskrawofioletowym
kapeluszu idzie szybkim krokiem ulicą, z głową wciśniętą w ramiona.
Szyję ma owiniętą czerwoną apaszką. W ręku trzyma kanister z benzyną.
Plan dalszy:
duży, brzydki budynek zasłonił horyzont...
Plan bliższy: - gdzie mi kurwa z tą kamerą na głowę wchodzicie, łobuzy!
Do roboty by poszli, a nie zaczepiać ludzi, którzy mają ochotę się spalić!
Cholerna młodzież!!!
Była zima.
Zaspy śniegu pokryły całe miasto, a padające wciąż płatki zasnuły zimne
powietrze wirującą mgłą. Ostry mróz i zamieć zapędzały ludzi do domów,
elektrownie do pracy, a służby drogowe w kozi róg. Miasto było całkowicie
sparaliżowane. Na domiar złego wczesnym popołudniem zawalił się most
Poniatowskiego, grzebiąc ludzi w lodowatych ( i brudnych) wodach Wisły.
Samochody, nie mogąc przebrnąć metrowych zwałów śniegu, albo w ogóle
nie wyjechały na ulice, albo utknęły nieruchomo w zaspach, a ich kierowcy
pieszo powlekli się do domów, złorzecząc na służby drogowe, śnieg,
innych kierowców, ciemności, jakie zapadły na miastem, a nawet na
Wigilię, bo akurat dzisiaj przypadała. Miasto było ciche jak nigdy.
Dekoracjami ulic czy sklepów nikt zaprzątał sobie głowy. Po co? Panie!
Przecież bezrobocie, bieda, ludzie tak strasznie mieszkają, głód,
narkotyki dookoła, a my tu mamy pieniądze na jakieś lampki i bombki
wydawać? I jeszcze pierwszy raz od pięciu lat mróz i śnieg spadł - a skąd
ja, panie, na ogrzewanie wezmę?
Pierwsza gwiazdka na wieczornym niebie zabłysła już jasno jak...jak...ach,
mam: jak iglica brzydkiego budynku w samym środku miasta o poranku.
Ludzie wciąż wracali do domów. Na ulicach, jak to w Wigilię, roiło się od
ludzi przebranych za Świętych Mikołajów. Zwykle tacy uśmiechali się
szeroko i rozdawali prezenty reklamując sponsora, który je ufundował,
tym razem jednak wszyscy szli w różnych kierunkach przed siebie, a
jeden, o wyraźnie wschodnich rysach twarzy, siedział w barze pochłaniając
sushi. Mikołaje wyglądali na bardzo zaaferowanych tym, co robią. Na
pytania o prezenty odpowiadali półsłówkami lub przyspieszali nagle kroku
i rozpływali się w śnieżnej zadymce, tak, że ludziom zdawało się, że
Mikołaj im się przywidział i mówili do powietrza. Niektórzy obiecywali sobie
potem, że to ostatni raz w życiu, kiedy biorą LSD.
Po niebie przemknął meteor, potem drugi, trzeci.
Gwiazdy zaczęły dziwnie mrugać, nagle niektóre zaczęły przygasać, gasły
tak szybko, jak się pojawiły. Po chwili zniknęły...Teraz zrobiło się
rzeczywiście ciemno. Jedynie ta, która pojawiła się pierwsza, świeciła cały
czas jasnym światłem, odcinając się od granatowoczarnego nieba.
Nagłego zniknięcia gwiazd nie zauważył nikt z wyjątkiem dzieci, które
niecierpliwie i z niepokojem wpatrywały się w ciemną pustkę. Przecież
nadchodziła najwspanialsza chwila w roku - Wigilia. Nieodmiennie co roku
cieszyły się na nią, choć od pięciu lat przypominała raczej stypę...Nikt nie
chciał Wigilii. Nikomu nie była potrzebna, podobnie jak inne święta, urlopy
czy wakacje. Od lat pogoda nie zmieniała się w ciągu całego roku niemal
w ogóle - niepotrzebne było lato bez wakacji, niepotrzebna - śnieżna
zima. Cały czas było chłodno, na przemian świeciło słońce lub
przechodziły chmury. A więc Święty Mikołaj również, myślały dzieci, nie
chce dawać prezentów, skoro go tu nie chcą. I wcale mu się nie dziwiły.
Ale w tym roku zdarzyło się coś niespodziewanego - spadł śnieg.
Wprawdzie niektóre płatki ruszały się, inne wręcz skakały,
wypromieniowując na zewnątrz ciepło powstałe w wyniku zachodzących w
nich reakcji rozpadu cząsteczek, ale było ich niewiele. I chociaż te dzieci,
które były młodsze niż pięć lat, pierwszy raz w życiu widziały śnieg i nie
znały dreszczu emocji, towarzyszącego nieodmiennie Oczekiwaniu,
patrzyły również.
Z wolna, stopniowo, meteorów przybywało. Spadały, znikały w atmosferze,
znacząc swoją drogę świetlnymi smugami. Spadały coraz niżej i bliżej.
Jeden nawet upadł mi pod stopy. Wypalił półmetrowy krater, a kiedy
ostygł, okazał się być nie większy od mojego buta. Mały. Mój prezent na
Wigilię. Trząsł się z zimna i niemal błagał, by go stąd zabrać. Wziąłem
szkraba na pamiątkę. Leżał u mnie w domu potem jeszcze długo, i świecił
niesamowitym, zielonkawym światłem. Któregoś dnia rozpadł się na
atomy.
Podszedłem do człowieka z kanistrem, który właśnie zaczynał wylewać
sobie na głowę jego ewidentnie wysokooktanową zawartość.
- Proszę pana, chyba nie chce się pan spalić? Tutaj? Po co? Są bardziej
efektowne miejsca, tutaj nikt nie zwróci na pana uwagi.
- Znikaj stąd, człowieku, daj mi po raz ostatni spalić się w spokoju -
piroman wyciągnął kunsztownie zdobioną fifkę, zapalił i zaciągnął się z
wyraźną przyjemnością. Poczęstował mnie, ale odmówiłem i odszedłem.
Był oblany benzyną, każda iskra mogła zapalić i jego, i mnie, poza tym
meteoryt zaczynał się niecierpliwić i coraz głośniej żądał, abym go
przeniósł w jakieś cieplejsze miejsce.
Kierowcy wrócili do domów. Opuszczone samochody stały w niekończących
się rzędach na ulicach, nieruchome i martwe. Z wolna pokrywały się
nalotem białego puchu. Zamieć wciąż szalała, parterowe domy przykryły
się śniegiem powyżej okien. Wśród nocnej ciszy głos się rozszedł we
wszystkich domach:
Puk, puk.
- Kto tam?
-Święty Mikołaj.
- Spadaj, Hare Krishna, Świadkowie Jehowy i wszyscy inni już u nas byli!
- Ale ja jestem prawdziwym Świętym Mikołajem - powiedziała jednocześnie
niezliczona rzesza Świętych Mikołajów.
- Powiedzieliśmy: do widzenia - odpowiedzieli wszyscy zgodnie, uciszając
dzieci, które chciały oczywiście powiedzieć coś zupełnie innego....
Dopiero po chwili zauważyli, że mówią do komina, z niego bowiem
dobiegał głos.
- Czekaj, jesteś tam jeszcze?
- Oczywiście, że jestem. Zimno mi trochę, strasznie tu wieje.
- Wchodź do środka, tylko nie zabrudź sadzą podłogi.
Ku niepomiernemu zdziwieniu wszystkich obecnych do środka wgramoliła
się potężna postać w czerwonym płaszczu, z długą, białą brodą i wielkim
workiem na plecach.
- Ho ho hoo, święta mamy dzisiaj! Wszystkiego dobrego! - zawołał wesoło
Święty Mikołaj - Ale prezenty będą dziś tylko dla rodziców, dla dzieci nie
ma. Będą za rok, mamy redukcje zatrudnienia, polityka obniżania
kosztów, podatek liniowy, państwo rozumiecie... - po czym, już znacznie
mniej wesoły, wysypał na podłogę zawartość worka, której intensywny
zapach natychmiast rozszedł się po wszystkich domach.
Następnie otworzył drzwi, spojrzał z tajemniczym uśmiechem na stojące z
wytrzeszczonymi ze zdumienia oczami dzieci. Dzieci zdumiały się jeszcze
bardziej, gdy spod sumiastych wąsów Mikołaja zabłysły stalowe zęby.
Chwilę później Mikołaj uchylił czapki i wyszedł, natychmiast niknąc w
śnieżnej zawiei.
Miasto długo jeszcze stało po kostki w śmieciach i odpadkach, które
wysypała z worka w każdym domu rzesza Świętych Mikołajów....
Ostatnia i jedyna gwiazda rozbłysła raz jeszcze silniejszym płomieniem i
znikła.
Nagle iglica brzydkiego budynku zaczęła się chwiać, kołysać, aż nagle
zapadła się w dół, przebijając po drodze cały gmach jak kopia brzuch
nieuważnego rycerza. Nad budynkiem wzniósł się słup kurzu, a po chwili
spowity chmurą śniegu i pyłu wieżowiec runął w dół, zapadając się do
środka.
Odszedłem dalej, żeby kurz nie pobrudził mi płaszcza. Samobójca -
piroman, gdy zobaczył, że budowla, przed którą miał zamiar się spalić,
przestała istnieć, wyrzucił fifkę, zaklął z rozpaczą, odstawił pusty już
kanister i poszedł w kierunku najbliższego baru.
Trzymając w dłoniach drżący z zimna meteoryt, spojrzałem w górę ku
niebu.
Na tle tarczy księżyca zamajaczyły niewyraźnie zaprzężone w renifery
sanie. Postać siedząca w saniach odwróciła głowę w kierunku Ziemi, dłonią
zaś wykonała w jej kierunku obelżywy gest...
Powyższa historia jest swego rodzaju hołdem złożonym wielkiemu
pisarzowi, podziękowania należą się też ś.p. Królowej Elżbiecie:) No i
Pijakowi:)
Wasze opinie
Hehe - absolutnie bardzo dobre :)
<<
1 >>