Zarejestruj nowe konto
Zaloguj się
Dodaj nowy artykuł do naszej bazy
Przeszukiwanie serwisu www.poema.art.pl

Strona główna -> Debiuty - Poezja -> M -> Michał Gostkiewicz -> T.A.J.E.M.N.I.C.A.

Spis rzeczy

Forum

Wydarzenia

Po Wt Śr Cz Pi So Ni
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31

Szukasz pomocy?

Informacje

Narzędzia

Bonus

Patronat

X-net, Punkt Wymiany Ruchu Międzyoperatorskiego PLIX

Stale współpracują

Recytacja, internetowy serwis recytatorski


Anon: 15550483
OW: 14 mar 10 (nie) 18:35
Ilość wizyt: 2
Obejrzanych stron: 15

Użytkowników online: 131*
Zalogowanych online: 21



Poprzednia publikacje w tym dziale : Opowieść Wigilijna, czyli czy Święci Mikołaje hodują elektryczne owce? Następna publikacje w tym dziale : West across the Ocean Sea

T.A.J.E.M.N.I.C.A.
::: Michał Gostkiewicz :::


"T.A.J.E.M.N.I.C.A."


Z myśli Nuit:

"mgła zaczyna opadać...
idziesz doliną, pełną życia,
a jednocześnie pustą
kropelki rosy osiadłej na drzewach i trawach
błyszczą pierwszymi promieniami słońca...
jest wilgotno
zza drzew wyłania się stado owiec
dźwięk dzwoneczków wibruje w powietrzu...
delikatny wiatr smaga Ci twarz.
trzeba tam wrócić"

Zmęczenie dawało już o sobie znać, gdy postawiłem ostatni krok na
stromej ścieżce wiodącej cały czas pod górę i wyszedłem nareszcie z lasu
na otwartą halę. Zachodzące słońce oślepiło mnie na moment. Stanąłem.
Gdy odzyskałem wzrok, rozejrzałem się wokoło. Wspaniały widok zapierał
(i tak już płytki) dech w piersiach. Mimo ciepłej pogody, szczyty gór na
horyzoncie lśniły bielą śniegu. Lekka mgła zaczynała zasnuwać dalekie
góry zimnym oparem. Na moment zapomniałem o tym wszystkim, od
czego uciekałem. O tym, co chciałem zostawić za sobą, wchodząc w góry.
Na chwilę radosne zmęczenie wyparło wszystko z mojego umysłu i nie
liczyło się nic poza celem dzisiejszej drogi, który zobaczyłem przed sobą.
W oddali, pod ścianą lasu okalającą polanę od zachodu majaczył szary
szałas pasterski. Słynna koliba stojąca tu odkąd ludzie pamiętali. Tam
spodziewałem się znaleźć nocleg.
Zapadał szybki, jesienny zmierzch.
Ruszyłem w stronę szałasu i pół godziny później byłem już w połowie
drogi, gdy z kierunku, w którym szedłem, doszedł mnie niewyraźny z
początku, potem coraz głośniejszy dźwięk wielu małych dzwoneczków. Po
dłuższej chwili z przedwieczornej mgły wyłoniło się stado owiec. Wokół
nich, szczekając donośnie, uganiał się potężny, biały pies.
Owce otoczyły mnie swoją beczącą, wełnistą masą, pies dopadł do mnie i
radośnie zamerdał wielkim, włochatym ogonem. Dopiero po dalszych
kilku minutach zobaczyłem Pasterza.

Szedł w moją stronę młody, na oko trzydziestoletni człowiek. Wysoka,
ubrana w dziwną, kremowobiałą tunikę postać wyraźnie odcinała się na tle
czerniejącej już ściany lasu. Długie włosy Pasterza, niczym nie związane,
rozwiewał wiatr. Wyczułem niezwykłą lekkość i zwinność w jego ruchach.
Musiał być wprawnym wędrowcem, choć przeczył temu jego dziwny ubiór,
zwłaszcza zaś proste, rzemienne sandały na nogach.
Kiedy nieznajomy zbliżył się, zobaczyłem jego młodą, spokojną twarz.
Jednak gdy przyjrzałem się uważniej, dostrzegłem bruzdy na czole, które
nadawały obliczu wędrowca wyraz powagi cechującej wiekowych starców.
Zatarte już nieco ślady cierpienia wyryte na obliczu naznaczonym głęboką
troską zdradzały, jak wiele w przeszłości musiał przejść nieznajomy.
Jedynie jasne, niebieskie oczy, patrzące z jakąś niesamowitą,
hipnotyczną mocą, zdradzały człowieka ogromnej siły, niezłomnie
pewnego swojego celu.
Pasterz podszedł bliżej, przywołał psa i odezwał się silnym, nieco
zachrypniętym głosem:
- Witaj. Miło zobaczyć człowieka na tym bezludziu. Dokąd zmierzasz?
- Witaj. W tej chwili idę do tego szałasu, który właśnie minąłeś,
przyjacielu. A potem dalej. A ciebie czeka ciężkie zejście w dół z tym
stadkiem.
- Ja również zmierzam do tego szałasu. Mieszkam tam. Moje owce
zapędziły się trochę za daleko. Dokąd chcesz dojść? Późno już, nie
zdążysz do schroniska przed zmierzchem… Zapraszam na coś ciepłego do
jedzenia i gorzką kawę - na wspomnienie tego ostatniego skrzywił się
zabawnie.
Spojrzałem na niebo, a potem na zegarek. Pasterz miał rację. Było
późno.
- Z radością przyjmę twoją gościnę. Dziękuję. Zwą mnie Święty -
wyciągnąłem do niego rękę.
- Nazywaj mnie Pasterzem. Wszyscy tak na mnie mówią - uścisnął moją
dłoń - chodźmy więc.
Uścisk był niezbyt mocny, ale nie dałem się zwieść. Nieznajomy użył do
niego zaledwie ułamkowej części swoich sił. Miałem przed sobą mocarza,
który na siłę mógłby się mierzyć z niedźwiedziem, choć nie był potężnej
postury i nie wyglądał na siłacza.

Poprzedzani przez owce i psa, ruszyliśmy w kierunku szałasu. Po dłuższej
chwili stanęliśmy przed wejściem. Ogromne drzewne bale, z których
składała się budowla, musiało tu przydźwigać co najmniej kilku ludzi.
Kiedy jednak zapytałem o to Pasterza, odpowiedział ku mojemu
zdumieniu:
- Chatę zbudował jeden człowiek, dawno, dawno temu. Znałem jego
prawnuka. Sam zajmował się naprawą tego domu. Teraz ja to czynię -
otworzył masywne drzwi.
Wnętrze było obszerne, lecz ubogie, żeby nie powiedzieć - ascetyczne,
nawet w porównaniu ze schroniskami górskimi. Jedyne pomieszczenie
tonęło w mroku, lekko tylko rozjaśnianym przez smugę światła z
wąskiego, małego okna, które przypominało raczej otwór strzelniczy. Nic
dziwnego - była to dzika i niebezpieczna okolica. Na ścianach wisiały
imponujące trofea myśliwskie, które tylko potwierdzały moje wiadomości.
Kilka posłań, duży, drewniany stół, cztery krzesła i palenisko dopełniały
wystroju chaty. Było przenikliwie zimno, bo ogień pod kominem dawno
wygasł. Wspólnie z Pasterzem roznieciliśmy go na nowo. Gdy drewno
zajęło się płomieniem, Pasterz wyszedł zapędzić owce do zagrody, ja zaś
wyciągnąłem z plecaka zapasy jedzenia i przygotowałem wieczerzę.

Po dłuższej chwili mój gospodarz wrócił, niosąc pod pachą jedną z owiec,
która beczała dziwnie, jakby się zacinała. Postawił ją w kącie szałasu, i z
dezaprobatą spojrzał na stół.
- Nie musiałeś, mam zapasy.
- Ofiarowałeś mi gościnę, chcę się odwdzięczyć.
- No, skoro tak mówisz, to zgoda - zmienił nagle zdanie i zasiadł przy
stole. Nalał do przepastnych, glinianych naczyń wina, następnie zaś
rozłamał ogromny bochen chleba na dwie połowy, z których jedną podał
mnie, i zaczął jeść. Chciałem starym, cynicznym zwyczajem odmówić
modlitwę przed jedzeniem, ale na widok Pasterza, który się od tego
powstrzymał, nawet ja pozbyłem się skrupułów, zwłaszcza, ze w brzuchu
burczało. Pasterz co kilka minut opróżniał do dna swój ni to puchar, ni to
kufel, po czym kilka minut później powtarzał tę czynność, naczynie zaś
pozostawało pełne. Alkohol najwidoczniej jednak nie miał na niego
najmniejszego wpływu, gdyż w miarę upływu czasu był tak samo trzeźwy,
jak na początku kolacji. Jedzenia zresztą było w bród, a nawet - dziwna
rzecz - więcej niż na początku. Chleb jakby się rozmnożył. Podobne
sztuczki widziałem w swoim życiu już wcześniej, więc i tym razem nie
byłem nimi zdziwiony, udawanie więc, że nic nie spostrzegłem, szło mi
dość łatwo.
- Dokąd zmierzasz jutro? - zagadnął Pasterz.
- Nie mam określonego celu, po prostu idę przed siebie i nocuję tam,
gdzie dojdę. Tak jest najlepiej, nie jestem zależny od nikogo. Jeżeli ktoś
zaprosi mnie do siebie, tak jak ty, to zawsze z chęcią przyjmę gościnę.
- To jest właśnie najbardziej niezrozumiałe. Ta wasza niezależność.
Niezależność za wszelką cenę, nawet za cenę braku celu w życiu. Co
zrobicie, gdy to, co ziemskie, zginie, bądź przestanie być ważne? Po co tu
jesteś, skoro wiesz, że stąd nie ma wyjścia, że będziesz musiał
zawrócić?! - szarpnął się z wściekłością, po czym zaraz, jakby
zawstydzony swoim wybuchem, usiadł spokojnie - nie musisz odpowiadać,
przepraszam…to twoja sprawa, po co i gdzie idziesz, którą ścieżką i
dlaczego podążasz.
- Nic nie szkodzi - odparłem, niezrażony wybuchem Pasterza - skoro
pytasz, to odpowiem ci, dlaczego przyszedłem aż tutaj.

Mniej więcej pół godziny później Pasterz odstawił swój niezwykły puchar,
podziękował za posiłek, po czym zajął się troskliwie owcą, którą przyniósł
do szałasu. Ja natomiast, wiedziony zawodową intuicją, poddałem
bliższym oględzinom naczynie, z którego pił Pasterz. Kufel, bądź kielich,
był niewątpliwie pochodzenia hebrajskiego, na co wskazywały ornamenty
wyryte na jego powierzchni. W najbardziej zniszczonym, zatartym miejscu,
znajdował się kiedyś napis. Obecnie można było rozczytać tylko jego
pierwsze trzy litery "Jah". Ciężar wskazywał na materiał, z którego go
zrobiono - czyste złoto. I był przerażająco wręcz stary.
- Mam go na pamiątkę - powiedział z kąta Pasterz. Owca, którą się
zajmował, beczała teraz tak, jakby wyczerpały się jej baterie.
Zaciekawiony podszedłem bliżej.
- To przewrotne, że ludzie zwą cię teraz Świętym.
A więc jednak myślał o tym! Przez cały czas tylko ja opowiadałem, a on
milczał cierpliwie, nie komentując ani nie pytając o nic.. Myślałem już, że
nie chce mnie słuchać, ale twardo dokończyłem moją historię.
- Nazywają mnie tak, bo nikt nie wie, kim jestem, jak się nazywam
naprawdę i co robię. Każdy widział inną z moich twarzy. Nikt - poza tobą -
nie wiedział prawdziwej. Wolę być nazywany Świętym, niż przeklętym
głupcem.
- Nie jesteś głupcem. Już samo to, że tu przyszedłeś, o tym świadczy.
Głupcy zostają tam, na dole. Niczego nie szukają - zamyślił się - oni
zbawienia nie dostąpią.
Owca zawarczała, zapiszczała, następnie zwiesiła głowę na bok i przestała
się poruszać. Pasterz westchnął ciężko.
- Wszystko przez tę górską wilgoć - mruknął, po czym wydobył
pokaźnych rozmiarów śrubokręt, odgarnął wełnę na prawym boku owcy,
odkręcił dwie śruby i otworzył klapę przykrywającą mechanizm.
Zaniemówiłem z wrażenia.
Tak, owca była tworem sztucznym, robotem, perfekcyjnym, wręcz
idealnym odwzorowaniem żywego zwierzęcia. Wiele podobnych stworów
wałęsało się teraz po ulicach miast, wyrzucone przez właścicieli, którym się
znudziły. Ale w tamtych można było rozpoznać sztuczność na pierwszy rzut
oka. Tu miałem zaś do czynienia z czymś niemożliwym - idealną iluzją
życia.
- Po co ci sztuczna owca?
- Owce.
- Jak to, więc one wszystkie...?
-Tak. Wszystkie sam zaprojektowałem i zbudowałem. Stworzyłem je. Są
lepsze od tych owiec, których Pasterzem byłem do tej pory. Są posłuszne
i ufne. Nie mogą być złe.
- Co się stało z tamtymi poprzednimi owcami?
- Są dziś politykami, naukowcami, rolnikami, hackerami, przestępcami,
zwierzętami...
Przez chwilę myślałem, że mam do czynienia z wariatem. Ale jedno
spojrzenie w niesamowicie niebieskie, inteligentne oczy przekonało mnie,
że tak nie jest. Ten człowiek, kimkolwiek był, jeśli był w ogóle
człowiekiem, naprawdę musiał przewodzić ludźmi. Był do tego wprost
stworzony. Każda inna jednostka poddałaby się jego myślom, pomysłom,
rozkazom i poleceniom. Każdy człowiek uznałby w nim swojego Wodza,
idola, Boga, Zbawcę czy za kogokolwiek by się podał. Tylko nie ja.

Świętych nie było wielu. Byliśmy specjalnie wyselekcjonowanym
materiałem genetycznym, typem Intelektualisty, którego najważniejszą,
dominującą cechą osobowości, była niezależność. Całkowita odporność na
autorytet i charyzmę innych osób. W przypadku niektórych osobników
prowadziło to do absurdu - ludzie ci zatracali się w kompletnym nihilizmie
i negacji wszelkich wartości, bądź sami stawali się tymi, przeciw którym
mieli występować. Jeszcze inni znajdowali własną ścieżkę i trzymali się jej.
Takich ludzi nazywano Szczęśliwymi. Pędzili oni życie w zgodzie z samymi
sobą i własnym systemem wartości, jeśli potrafili go obronić. Jednak
większość spełniała oczekiwania twórców, stając się najlepszym,
najskuteczniejszym instrumentem do walki z wszelkimi religiami,
kościołami, wiarą i fanatyzmem. Z powodu dość zdecydowanych niekiedy
metod działania zwani byli również (głównie przez pozostałych: Polityków,
Przewoźników, Naukowców i Luźnych, oczywiście) - Łowcami. W
szczególności służyli Święci do wytypowania, namierzania i wychwytywania
ludzi o cechach przywódczych, samozwańczych Führerów, proroków,
szalonych naśladowców El Commandante i wszystkich innych, którym
wydawało się, że w pojedynkę wymyślili sposób, by zbawić lub uwolnić
świat. Jednego z nich miałem właśnie przed sobą.

Tylko, że nigdy nie byłem prawdziwym Świętym, a tym bardziej Łowcą.
Nigdy nie spełniłem pokładanych we mnie nadziei. Dyrektoriat nie miał ze
mnie żadnego pożytku. Nie usunąłem żadnego zbawcy ani proroka. W
przeciwieństwie do innych, miałem defekt genetyczny - zdolność empatii,
okazywania i odbierania uczuć. To pozwoliło mi założyć rodzinę i żyć
normalnie. Moja praca - wyszukiwanie i niszczenie dokumentów i pism
religijnych, politycznych i artystycznych - dawała godziwe utrzymanie.
Byłem niszczycielem myśli, jej najgorszym prześladowcą i nie czułem się z
tym źle. Ale nigdy nie udało mi się zapisać na swoim koncie choć jednego
Indywidualisty. Po ostatniej klęsce, która pociągnęła za sobą rebelię i
tysiące śmierci, które do dziś męczyły mnie w koszmarach, nie miałem
czego szukać w Społeczności. Wyrzutek. Wygnaniec. Przegrany.
Wiedziałem, (i On też to wiedział), że i tym razem mi się nie uda.

- Dlaczego, skoro byłeś przywódcą, prorokiem, pasiesz teraz elektryczne
owce? Tu, w Górach?
- A co ty, Święty, robisz w Górach? Nad moimi owcami przejęli władzę ci,
którzy mienili się być moimi najwierniejszymi sługami. Ustanowili im swoje
prawa, napisali swoje księgi, wybrali spośród siebie przywódcę i rządzili,
nie w Moim, ale w swoim imieniu. Więc pozwoliłem, byście wy, Święci,
zniszczyli również i ich.
Wziął naprawioną owcę na ręce i wyszedł na zewnątrz. Poszedłem za nim.
Postawił owcę na trawie i włączył. Zwierzę zabeczało i pobiegło do zagrody.
Staliśmy przed szałasem, wdychając zimne górskie powietrze.
- Ale w tym momencie nie pozostało ci nic, Pasterzu. Nie jest dobrym
Pasterzem, kto pozwala na wygubienie swoich owiec.
- Mówisz jak ja dawno temu. Dałem im łaskę, o którą prosili. Byli
niezależni. Mieli wolność wyboru. Tak zresztą zostali stworzeni. Nie
mogłem po raz drugi sprowadzić potopu - obiecałem - zrobiłem więc co
innego. Ale nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
- Mówiłem ci przy wieczerzy: uciekłem od tego wszystkiego…
- Od całego zła, jakie wyrządziłeś?
- Zostałem tak zaprogramowany, nie uznawałem tego za zło!
- I to jest twoje usprawiedliwienie: - ja nic nie robiłem, ja tylko stałem
obok. Ja nie użyłem swojej woli, nie wyrobiłem sobie własnego zdania, bo
czułem się komfortowo z tym, co mi dano...!
- Ale teraz już wiem…zmieniłem się, zrozumiałem…sam proces
warunkowania jest dobry, spokój zapanował na świecie…
- Spokój chwyconych za gardło! Zaprawdę powiadam ci, przestrzegałem
ich: nie ingerujcie w życie ludzkie!
- I co z tego wyszło?
- Co z tego wyszło, wiem aż za dobrze! Ale niedługo już to potrwa. Teraz
nie będę wysyłał nikogo przede mną, przyjdę sam! Ci, którzy o mnie nie
zapomnieli, odbiorą swoją nagrodę! - wyprostował się dumnie, spojrzał
najpierw na tonące w mroku dalekie równiny, a potem na mnie. Skuliłem
się pod tym wzrokiem. Ale…na razie Pasterz stał tutaj, nie szedł burzyć,
by tworzyć od nowa...

Tymczasem niebo na wschodzie zaróżowiło się, gwiazdy zaczęły blaknąć,
a z nieprzebitego mroku powoli zaczęły wyłaniać się szczyty Gór. Po
dalszej godzinie pierwsze promienie słońca ogrzały zimne powietrze.
Robiło się coraz jaśniej, rosa pokryła trawę, z lasu dobiegły głosy
pierwszych ptaków. Jedna z owiec zabeczała w zagrodzie. Pasterz podniósł
się z pnia, na którym siedział, i zniknął w szałasie. Po chwili pojawił się,
niosąc dzban z mlekiem i chleb. Usiedliśmy znów na ogromnym pniu,
który służył za stół i ławę. Długą chwilę jedliśmy w milczeniu, aż w końcu
Pasterz zapytał:
- Co teraz zrobisz?
- Pójdę dalej, w końcu nie mam przecież nic do stracenia. Może znajdę
stąd wyjście.
- Tak... - zamyślił się - to właściwie chyba jedyne, co Ci zostało…
Więcej się nie odezwał. Nieładnie bowiem odbierać człowiekowi ostatnią
nadzieję.

Uścisnąłem dłoń Pasterza. Znowu poczułem potworną siłę, skrywaną
gdzieś głęboko, czekającą cierpliwie na właściwy czas, gdy będzie miała
się uwolnić i nic nie będzie w stanie stanąć jej na drodze. Błękitne oczy
przewiercały mnie na wskroś, nie pozwalały mówić nic innego, niż prawdę.
- Wiesz, że stąd nie ma wyjścia innego, niż to, którym przyszedłeś?
-Wiem. Wolę pójść tam, gdzie nie ma celu. Przecież i tak go nie mam.
Może coś osiągnę przez tę wędrówkę. Tak podobno kiedyś robili. Szli
naprzód, i chociaż nie widzieli przed sobą końca drogi, to jakoś w końcu
do niego dochodzili.
- Tak przynajmniej myśleli. A potem opowieść się kończyła. Idź raczej, i
pomagaj innym otworzyć oczy.
- Nie uda mi się. Oni nie mają wad.
- Nazywasz to wadą? Ci ludzie żyją w poczuciu spełnienia, po co im to
niszczyć?
- Żeby otworzyć im oczy na moją prawdę.
- Jedyną, chciałeś zapewne dodać? Spójrz na to realnie - nie masz szans.
Relatywizm zatriumfował. Nic nie osiągniesz. Ja przynajmniej gdzieś idę.
Tobie zaś pozostało paść tutaj elektryczne, fałszywe owce.
- Mam czas. Nie chce mi się poświęcać…znowu. Kiedyś wyjdę stąd. Może... - 
powiedział Pasterz ze smutkiem - Tak, wyjdę! - dodał nagle, a oczy
zaświeciły mu na nowo tym niezłomnym płomieniem.
Przegrałem. Ale który Święty by z Nim wygrał?
- Bywaj, Pasterzu. Dziękuję za gościnę. - odwróciłem się, i, już nie patrząc
za siebie, ruszyłem naprzód. Droga wiodła w dół zbocza. Po chwili
zagłębiłem się w pokrywający stok góry ciemny las...


Koniec.



Opinie czytelników serwisu :
Ilość opinii : 0
Dodaj własny komentarz
Pokaż komentarze na stronie

Statystyki publikacji :
Ilość odsłon : 355

   Dodaj do ulubionych Ulubione
 Wyślij link do tej strony znajomemu Poleć
 Wydrukuj stronę Drukuj


Copyright 1999-2009 Poema Inc.
Powered by PoemaWebsiteBuilder 3.3
Czas działania programu : 0,14 s.