|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Anon: 15307091
OW: 08 mar 10 (pon) 12:02
Ilość wizyt: 2
Obejrzanych stron: 6
Użytkowników online: 330*
Zalogowanych online: 12
Koma.
Najpierw to znane już, a wciąż dziwne uczucie lekkości. Potem zimno, przenikające na wskroś. W górę! Dzikie poczucie niczym nieuzasadnionej, jak również niczym nieokiełznanej wolności. Potem szalona szybkość, bez celu, bez sensu – cel wybierze się sam, przypadkiem. Ilość możliwych miejsc i zdarzeń jest przecież nieograniczona.
Dochodziła dziesiąta wieczór.
Gmach Opery rozświetlały z zewnątrz dziesiątki reflektorów, a pod głównym wejściem co chwila zatrzymywały się luksusowe samochody. Stuletni, secesyjny gmach był już pełen podekscytowanych ludzi, czekających w napięciu na najważniejszą premierę tego roku. „Don Giovanni” „Arkadius!” „Skandal!” „Tajemnica!” „Prowokacja!” – od tygodnia donosiły tytuły gazet. W kuluarach wrzało od plotek i domysłów na temat szczegółów nadchodzącego przedstawienia. Kto, z kim, za ile – to obchodziło publiczność nawet bardziej niż sam spektakl. Wymieniano astronomiczne sumy, niemożliwe koligacje i związki.
Przemykałem się niezauważony pośród podekscytowanych ludzi, zupełnie dla nich niewidoczny, jak duch. Prawdę mówiąc, niewiele się od ducha różniłem. Nikt nie mógł mnie zobaczyć, poczuć ani usłyszeć. Przenikałem przez ubrania, ciała i ściany. Płynąłem w korowodzie barw i dźwięków, szalonego napięcia i stresu, w falach śmiechu i zgiełku. Gdzieniegdzie między zaproszonymi gośćmi przemykały się dziwnie odziane postacie w maskach. Aktorzy. Zbliżyłem się do nich. Obskakiwani przez łowców autografów, wypytywani przez dziennikarzy o szczegóły mającego się za chwilę rozpocząć przedstawienia, milczący uparcie, odprowadzani zaciekawionymi spojrzeniami tłumu, najwyraźniej nie czuli się najlepiej.
Z jednym wyjątkiem.
W towarzystwie brylowała tajemnicza postać w czarnej pelerynie. Nie mogłem skojarzyć jej z żadną z mających wystąpić w widowisku osób. Gdy odwróciła się do mnie, zobaczyłem Maskę Moru i zdziwiłem się jeszcze bardziej. Postać jakby mnie zauważyła. Jej wzrok skierował się w puste miejsce w rzeczywistości zajmowane przez moją osobę, po czym nieznacznym ruchem, tak nagłym, że nikt poza mną go nie zauważył, uchyliła na chwilę maskę. Mignęła mi twarz Arkadiusa…Tajemniczy osobnik natychmiast założył maskę z powrotem.
Po dłuższej chwili Mór odwrócił się i zniknął za dużymi, czarnymi drzwiami widniejącymi w przeciwległej ścianie korytarza. Ja zaś przez chwilę unosiłem się jeszcze w tym samym miejscu, trochę ponad głowami ludzi, nie mogąc ochłonąć ze zdumienia. Wreszcie jednak ruszyłem dalej.
Byłem jedynie widzem tego spektaklu tłumu, ociekającego barokowym przepychem, duszącego się od intryg i zakrapianego alkoholem. Mogłem wejść wszędzie, zobaczyć i usłyszeć wszystko. Już wiedziałem, że Arkadius pokłócił się z reżyserem o wygląd strojów i ostatecznie stanęło na kreacji kapryśnego projektanta. Wiedziałem także o romansie głównej aktorki ze statystą, oraz o skłonnościach homoseksualnych odtwórcy głównej roli (co ponoć znacznie utrudniało wykrzesanie z aktorów w scenach miłosnych choć odrobiny romantyzmu). Nikt nie mógł mnie wyrzucić z gmachu opery, bo musiałby mnie najpierw zobaczyć. Byłem nietykalny i absolutnie bezpieczny. Podsłuchałem nawet kilka plotek o sobie, co tylko utwierdziło mnie w negatywnych i bardzo niesympatycznych uczuciach, jakie żywiłem w stosunku do pewnej osoby.
Wreszcie korytarze opustoszały, sala natomiast wypełniła się do ostatniego miejsca. Przeniknąłem przez zamknięte już, potężne drzwi i spłynąłem w dół amfiteatru wprost na scenę. Przemknąłem slalomem między aktorami, którzy właśnie rozpoczęli pierwszy akt. Upajałem się swoją wolnością, zaglądałem im w twarze, przysuwałem ucho do ich ust, aby lepiej słyszeć szkolone, operowe głosy. Wreszcie uniosłem się w górę, wysoko, pod dach gmachu opery…obrazy mignęły mi w oczach z przerażającą szybkością i…
Spadłem, lądując stabilnie na obu nogach. Przykucnąwszy, rozejrzałem się naokoło.
Nieco na uboczu od reszty, oddzielona wysokim, choć częściowo zrujnowanym murem, majaczyła w ciemnościach katedra. Wyglądała na bardzo starą, starszą nawet niż reszta milczących murów. Gdzieniegdzie w ścianach, jak również w obu smukłych wieżach, czerniały potężne dziury. Rusztowanie przy jednej ze ścian wskazywało jednak, że leżącym na uboczu, zapomnianym jakby kościołem ktoś się jednak opiekuje.
Cały gmach wydawał się zamknięty na noc i pusty, jednak – dziwna rzecz – od czasu do czasu nieliczne światła migotały tu i ówdzie, pojawiały się i znikały nagle, jak zdmuchnięte wiatrem.
Wiatr ów, narastający już od jakiegoś czasu, przyniósł naraz od strony katedry cichy jęk. Jakby smutne zawodzenie, które raz pojawiało się, raz znikało w ogólnym szumie i poświstywaniu wichru. Dźwięk, który powodował prawdopodobnie sam wiatr dmuchając w szczeliny i dziury w murach budynku, brzmiał jak pieśń, śpiewana cichym, delikatnym głosem. „Śpiewająca Katedra” – tak odruchowo ochrzciłem tajemniczy kościół.
Opadłem z powrotem na gzyms, na którym uprzednio wylądowałem. Dopiero wtedy zauważyłem, że nie jestem sam.
Byli obok. Przyjaciele. Ludzie, których twarze znałem i lubiłem. Nie mogłem jednak się im dobrze przyjrzeć, ich zjawy wirowały wokół mnie w szaleńczym tańcu. Co chwila któraś z nich przyoblekała się w materialną postać i na chwilę stawała na gzymsie, by po chwili znów zostać porwaną przez korowód widm. Niektóre wyciągały w moim kierunku półprzezroczyste dłonie, inne wyciągały szyje na niemożliwą odległość, przybliżały swoje twarze do mojej, oglądały mnie ze wszystkich stron, a potem cofały się, jakby jakaś siła nie pozwalała im wyrwać się z szalejącego kręgu…
Gon.
Nie wiedziałem, czego widma ode mnie chciały, ale podświadomie wyczuwałem, że nie jestem ich wrogiem. Może z ich perspektywy to ja krążyłem w korowodzie, a oni stali, każdy z osobna, na gzymsie i widzieli resztę naokół siebie?
Niezrażony tym nowym towarzystwem postanowiłem skierować się w stronę katedry, po drodze zaś przyjrzeć się jednemu z wielkich budynków po lewej stronie zniszczonego muru. Gdy ruszyłem po gzymsie, korowód duchów pomknął za mną. Zeskoczyłem z gzymsu na dach budynku, wąskim krużgankiem przemknąłem w kierunku wieży. Znalazłem drzwi i spróbowałem je otworzyć. Gdy moja dłoń przeszła na wylot przez grube drewno, przypomniałem sobie, że mogę przecież przez nie swobodnie przeniknąć…
Jaźń blokuje się, chce zaprzeczyć niemożliwemu. Żeby przeniknąć przez grube drewniane drzwi, trzeba przede wszystkim uwierzyć, że jest to możliwe. Gdy już ma się to za sobą, trzeba po prostu ruszyć naprzód, a po chwili uważnie przyjrzeć się drzwiom z drugiej strony. Taki przydatny dowód na istnienie rzeczy, o których nie śniło się filozofom.
Przenikając przez korytarze, sale i pokoje, w których nie znalazłem nic szczególnego, dotarłem w końcu do wrót z drugiej strony gmachu, wydostałem się na zewnątrz, i, wciąż w towarzystwie Gonu, wspiąłem się znowu na mur. Spojrzałem ze strachem w dół.
Katedra leżała dużo niżej, zejście z muru byłoby samobójstwem. Jednak kilkadziesiąt metrów dalej zniszczony mur dochodził tak blisko ścian kościoła, że przeskoczenie na zewnętrzny krużganek było nie tylko możliwe, ale bardzo prawdopodobne. Skacząc po rozpadających się gzymsach, ruszyłem dalej. Gdy przeniknąłem przez dach krużganku i opadłem na kamienną posadzkę, poczułem nagle dojmujący chłód, a w chwilę potem obłok gęstej mgły zawisł przede mną, jakby chciał mi zagrodzić drogę. Z obłoku patrzyły na mnie widma Gonu. Wyraźnie, jakby ktoś do mnie mówił, usłyszałem:
- „Stój…nie dzisiaj…dziś jest noc Przebudzenia…nie będziemy mogli cię ochronić…”
Noc Przebudzenia. Noc Duchów, o której krążyły straszliwe opowieści. Noc, w którą w dawnych czasach ludzie bali się wychodzić z domu. Bo z tych, którzy wyszli, prawie nikt nie wracał.
Ci zaś, którzy wracali, nie chcieli mówić, co widzieli i gdzie byli. Z reguły nic już nie mówili, siedzieli tylko, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem, trzęsący się, szaleni. "Diabeł mózg im odebrał" - mówili wtedy starzy ludzie.
Ta noc przypadała właśnie dzisiaj. A ja byłem bardzo, bardzo daleko od domu…W dziwnym, niesamowitym, ale cudownym miejscu.
I wiedziałem, że nigdy tu nie wrócę, że to jedyna okazja.
Nie bacząc na ostrzegawcze szepty widm ruszyłem naprzód. Wówczas spokojny dotąd obłok zjaw poruszył się, w okamgnieniu otoczył mnie mlecznym oparem i nagle nastała ciemność.
Gdy odzyskałem zmysły, leżałem na zimnej podłodze w tym samym miejscu, w którym stałem poprzednio. Nie wiedziałem, na ile czasu straciłem przytomność, ale wciąż panowała noc.
Gon zniknął tak samo niepostrzeżenie, jak się pojawił. Byłem sam.
Prawdę mówiąc, wolałem nawet takie towarzystwo niż żadne.
Przeszedłem w stronę wejścia do budynku, spłynąłem w dół ze schodów i po chwili stanąłem przed potężnymi wrotami katedry, podziwiając ogromny portal. Gdy tak patrzyłem w górę w niemym zachwycie, mój wzrok zatrzymał się nagle na czerniejącej akurat na tle księżyca maszkarze.
Kamienny stwór...poruszył się. Jakby chciał oderwać się od gzymsu, którego był uczepiony. Potężne łapy szarpnęły się nerwowo, szpony zazgrzytały po kamieniu, a z góry sypnęły się odłamki tynku i kurz. Maszkaron przekrzywił głowę i spojrzał w moją stronę. W ciemności błysnęły żółte oczy…i znowu siedział nieporuszony na gzymsie, wlepiając obojętny, kamienny wzrok w ciemność.
Spojrzałem na wrota. Płaskorzeźby były zniszczone przez czas, rdzę i turystów, ale wciąż dało się zobaczyć jedyną dobrze zachowaną scenę - zamordowania świętego Wojciecha. Spora plama rdzy pojawiła się dokładnie w miejscu uderzenia świętego włócznią.
Rdza była świeża.
A jej plama zwiększała się w oczach. Dotknąłem chłodnego metalu i rdza została mi na palcach. Była wilgotna i miała słony smak.
Pchnąłem drzwi. Uchyliły się na tyle szeroko, że mogłem wcisnąć się do środka.
Kościół tonął w ciemnościach, tylko czerwona lampka przy tabernakulum mrugała niepokojąco. Moje kroki odbijały się cichym echem w sklepieniach i nawach olbrzymiej katedry. Szedłem główną nawą, rozglądając się na boki. Świece w ogromnych kandelabrach i pochodnie – tak, pochodnie – zapalały się za mną, jedna po drugiej, na drodze do głównego ołtarza. Spojrzałem przed siebie.
Mimo panującego półmroku dostrzegłem jakiś ruch. Krzyż na ołtarzu zajaśniał nagle płomieniem. Znieruchomiałem w zdumieniu. Nagle płonący symbol zwiększył swoje rozmiary. Zbliżał się, płynął przez powietrze jak gorejąca pochodnia wprost na mnie. Instynktownie upadłem, coś ciężkiego przemknęło nade mną i z hałasem uderzyło we wrota.
Gdy powtarzane przez ściany i sklepienia echo ucichło, powoli podniosłem głowę i wstałem.
Z drzwi, poprzez wybity uderzeniem krzyża otwór o identycznym kształcie sączyła się delikatnie blada nocna poświata, zatrzymując się na marmurowej posadzce. Niemal wszystkie świece zgasły. Znikła nawet lampka przy tabernakulum. A jednak w kościele nie było ciemno.
W małej kapliczce w bocznej nawie płonęło niebieskie światełko, którego poświata rozprzestrzeniała się jak mgła po całej budowli. Ruszyłem w jego stronę. Na zewnątrz dmuchnął wiatr.
Stanąłem jak wryty.
Cała katedra rozbrzmiewała niesamowitym, delikatnym, drżącym i niewiarygodnie pięknym dźwiękiem, tym samym śpiewem, który słyszałem wcześniej na zewnątrz. Jakże inaczej brzmiał teraz! Zwielokrotniony przez echo nabrał przestrzeni, mocy. Nie był samotną, żałosną skargą. Katedra śpiewała…Wszystkie nawy powtarzały smutną melodię, która tworzyła się gdzieś wysoko w górze, w nieprzeniknionej ciemności ostrołukowego sklepienia, i spływała na dół niczym głos Pana. Śpiew wwiercał się w uszy, przenikał do głębi. W migotliwym blasku nielicznych świec niesamowite stwory cienia tańczyły na ścianach. Statuy na cokołach, kamienne, nieporuszone, wyglądały, jak cały kościół, niepokojąco…
Żywo?
Upadłem na kolana, rozglądając się z niedowierzaniem dookoła. Nie ulegałem iluzji. Dźwięk trwał. Duchy tańczyły na ścianach. To wszystko było prawdziwe…
Nagle śpiew ucichł.
Wraz z nim zniknęło wszystko inne. Świece zaczęły przygasać, po chwili zgasły ostatnie – i duchy odeszły. Kościół pogrążył się w ciemności i ciszy.
Podszedłem do kapliczki. Niebieskie światełko poruszyło się i wypłynęło zza kraty, którą było odgrodzone. Na chwilę zatrzymało się przede mną, po czym popłynęło w kierunku prawej ściany katedry. Ślizgając się na kamiennej posadzce, pobiegłem za nim. Światełko dotarło do kamiennego muru. Dopiero wtedy zobaczyłem niski, czarny otwór i schody wiodące pod górę. Światełko wleciało w środek dziury. Jeszcze przez chwilę jego poświata błyskała na schodach, potem zniknęła.
Dotarłem do otworu, chwyciłem ze ściany pochodnię i zapaliłem ją. Potem uniosłem się kilka centymetrów nad powierzchnię ziemi i wpłynąłem na schody.
Nie wiedziałem, jak pogodzić to, że mogę przenikać ściany i nikt mnie nie może zobaczyć, z trzymaną pewnie w ręku pochodnią, po chwili jednak podświadomość poradziła sobie i tym problemem…
Kamienne, wąskie schody ciągnęły się w nieskończoność. Płynąłem w górę, odporny na zmęczenie. Wreszcie zamajaczyły przede mną drzwi. Ruszyłem naprzód i...na moment zrobiło się ciemno, gdy przenikałem grube drewno. Pochodnia została po drugiej stronie.
Po chwili stanąłem na kamiennym tarasie.
Taras okazał się być galerią, biegnącą wokół potężnej kopuły kryjącej dach katedry na przecięciu naw. Naprzeciw miejsca, w którym się znajdowałem, oddzielony przepaścią nawy, stał potężny tron. Po obu jego stronach widniały dwa mniejsze podwyższenia. Taras był szeroki na około półtora metra, kończył się rzeźbioną w misterne wzory metalową barierką. Zbliżyłem się do niej i spojrzałem w dół.
Puste ławy czekały na wiernych, światło przy Sakramencie płonęło znowu na wiecznej straży świętego przybytku. Było jasno, bo zgaszone poprzednio przez wiatr świece na powrót zapłonęły.
Po kamiennej posadzce przemknął skrzydlaty cień. Od ścian budowli odbił się echem dziwaczny skrzek i łopot skrzydeł.
Ruszyłem tarasem w kierunku tronów. Kiedy zbliżyłem się, chcąc usiąść na największym podwyższeniu, coś zatrzymało moją półprzezroczystą postać. Nie mogłem w żaden sposób zbliżyć się nawet do centralnego kamiennego fotela.
Chcąc nie chcąc, zasiadłem na mniejszym krześle po prawej ręce...
Obraz zawirował, ściany stopiły się z podłogą. Freski z gigantycznej kopuły spłynęły na posadzkę niczym woda z przepełnionego naczynia, otoczyły i okleiły całą moją postać. Kalejdoskopowa zasłona zakryła moje oczy. Podłoga zniknęła mi spod nóg i runąłem w próżnię…
Spadałem wciąż, gdy nagle uderzyłem plecami o coś twardego i odzyskałem wzrok – jakby czarny atrament spłynął z oczu odsłaniając widok. Ale to, co zobaczyłem, wcale nie poprawiło mi nastroju.
Naokoło mojej głowy kłębił się Gon. Upiorne twarze znów przybliżały się i oddalały, przyglądając się mojej. Bezładny taniec trwał, pozornie bez sensu. Niektóre z mar jednak przybliżały się i pozostawały. Nagle Gon znieruchomiał. Najbliższe widma zmaterializowały się wokół mnie. Wiotka, szczupła Agnes. Odziany nieodmiennie w czerń Maggin. Dziwny szczurkowały osobnik z przyklejonym do twarzy obleśnym uśmieszkiem metalowych zębów. Tajemnicza, ponura Arrah. I dumna, piękna i spokojna jak posąg - Midian. Reszta widm zniknęła.
Pozostał tylko obłok, który uniósł się nagle w górę, odsłaniając miejsce, w którym się znajdowaliśmy.
„…I siedziałem na tronie po prawicy Jego, a po Jego lewicy ciemny kształt usiadł. A twarz i postać Tego na tronie złotym zakryta była przez obłok jakby. I widziałem, a mrowie istot dziwnych naokół tarasu usiadło, jakby przyglądając się widowisku, które rozgrywało się przed naszymi oczami. A miały niektóre z tych istot nie ludzkie kształty, lecz do zwierząt były podobne…” (przyp. Imaginacji)
Całe to pandemonium skakało, chrzęściło kamiennymi stawami, szumiało skrzydłami, kłapało szczękami i szalało z niecierpliwości w oczekiwaniu na coś. Co – nie wiedzieliśmy.
Do czasu.
Potężny ryk wstrząsnął powietrzem.
W akompaniamencie wizgów, skrzeków i gniewnych pomruków, w powietrzną arenę pod kopułą wleciały dwa ogromne kamienne potwory. Na chwilę zawisły w bezruchu nad głowami podnieconej publiczności. Potem nagle, jak na komendę, stwory unęły z wrzaskiem na siebie.
A amfiteatr oszalał. Widownia gorąco dopingowała obu walczących. Niesamowity podniebny balet bez reszty pochłonął uwagę maszkar, skutecznie odciągając ją od nas.
Usadowiłem się wygodniej na rzeźbionym krześle. Wyglądało na to, że w dalszym ciągu nikt nas nie zauważył…
Przynajmniej do chwili, kiedy nagle zapadła cisza.
Cała kopuła zastygła bez ruchu. Siedziałem i czekałem, nie widząc innego wyjścia. Nagle poczułem, że oczy wszystkich istot skierowane są na mnie. Złudzenie trwało chwilę, po sekundzie zorientowałem się, że maszkary patrzyły na wielki tron obok mnie. Spojrzałem w lewo. W tym momencie obłok nagle urósł podwójnie, otaczając mnie wokół tak, że nie mogłem się uwolnić. Prawdę mówiąc, nie byłem w stanie w ogóle się poruszyć. Niewidoczna siła natarła na mój umysł. Oparłem się, próbowałem walczyć, lecz na próżno. Coś sondowało mój mózg, brutalnie łamiąc wszystkie bariery ochronne, odkrywając najgłębsze tajemnice, fobie i lęki, i wizualizując je natychmiast przed moimi oczami. Przerażony, skuliłem się w ogromnym fotelu. Miałem do czynienia ze straszną, niezmożoną potęgą, której nic chyba nie mogło się oprzeć. Przynajmniej ja nie umiałem...
Ciemny kształt obok rósł, potężniał w oczach, nachylał się nad nami jakby to On właśnie miał tu władzę. Uśmiechał się szyderczo, a jego cień olbrzymiał na ścianie. W miarę jak moje siły topniały, jego - rosły.
Sondowanie dotarło wreszcie do najgłębszej, najciemniejszej części mojej świadomości, do pierwotnych emocji skrytych pod wachlarzem Rozumu – zemsty, żalu, złości i rozpaczy. O tak, właśnie do tych. Bo przecież nie są tymi najgłębiej skrywanymi miłość, przyjaźń czy szacunek i cześć. Te dzielisz z innymi, okazujesz je na zewnątrz.
Ale nienawiści z nikim nie dzielisz. Nie zwierzasz się z pragnienia zemsty. Gniew najlepiej smakuje w samotności, kiedy można delektować się jego goryczą – szeptał mi do ucha czarny kształt, rozrastając się coraz bardziej, żywiąc moim zwątpieniem.
Ale mogę kochać, nawet tylko pożądać – i nie czynić zgodnie z twoją wolą. Idź precz szatanie, exorciso te…- zacząłem szeptać, przypominając sobie zasłyszane w młodości wyrazy, których mocy tyle razy zaprzeczałem…
Nagle napór zelżał. Umysł zaczął znowu pracować. Ciemny kształt sklęsł, skurczył się w swoim fotelu, mały i mizerny, a jednak zawsze gotów do ataku, do walki, duch, który nigdy nie śpi…Obłok zmniejszył swoją objętość i opadł na tron.
Tymczasem jedna z maszkar, poraniona, upadła ciężko na posadzkę katedry. Zwycięzca wzniósł się w powietrze i zaskrzeczał triumfalnie. Chwycił pokonanego potwora w pysk, i, ciężko machając skrzydłami, wyleciał przez dziurę w murze na zewnątrz.
W tej samej chwili hałas i szum ucichły. Maszkarony rozpłynęły mi się w oczach, wtapiając się we freski, zastygając w rzeźby, zawisając na wykuszach pod sklepieniem. W okamgnieniu amfiteatr opustoszał. W całej budowli zapanowała dziwna cisza. Obłok pulsował dziwnie, kłębiąc się na tronie. Ciemny kształt siedział wciąż po Jego lewicy, cierpliwy, nieustępliwy, wytrwały. Czekający na każde potknięcie, chwilę zwątpienia, upadek.
Upadek.
Upadek był ciężki, omal nie straciłem przytomności. Długą chwilę leżałem bez ruchu, zanim podniosłem się z zimnej posadzki kościoła. Nie potrafiłem później przypomnieć sobie sposobu, w jaki się tam znalazłem. W ustach czułem słony smak własnej krwi…
Chciałem wyjść z tej przeklętej katedry. Wyjść jak najszybciej.
***
- Co złego jest w kierowaniu się emocją, impulsem chwili, czystym hedonizmem? – spytała mnie zupełnie bez związku Midian, gdy po wyjściu z katedry skierowaliśmy się w stronę pozostałych budynków.
- Nic, oczywiście.
- Więc chodź za mną… - szepnęła, muskając językiem moje ucho. Zwolniliśmy kroku…Powoli zostawaliśmy w tyle za widmami.
Budynki, drzewa, widma gdzieś znikły. Tylko śpiew katedry drżał w powietrzu, znów słyszalny jako delikatne zawodzenie, dalekie echo starej pieśni zapomnianych dni. Mid oddychała szybko. Szliśmy przed siebie, bez kierunku, bez celu. Bieg przez noc, drzewo za drzewem, ściana za ścianą. Obrazy przesuwały się przed moimi oczami jak zbyt szybko puszczony film. Nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do kolejnego budynku.
W ogromnej sali nie było nic, poza dwoma spiralnymi konstrukcjami kręconych schodów, prowadzących gdzieś wysoko, w okryty cieniem sufit. Wybraliśmy jedne z nich i długą chwilę wspinaliśmy się pod górę, czasem podlatując dla zabawy kilka, kilkanaście stopni. Wreszcie stanęliśmy na szczycie schodów i zagłębiliśmy się w oświetlonym lampami gazowymi korytarzu. Jednak po przejściu kilku zaledwie zakrętów zagubiliśmy się w plątaninie licznych odgałęzień.
Spróbowaliśmy więc pójść na wprost.
Przeniknęliśmy kolejną ścianę, gdy nagle…
Moje buty zastukały o kamienną podłogę. Ciałem targnął dreszcz, przenikliwe zimno spłynęło od karku w dół. Poczułem nagle ból zranionej szczęki. Ciało stało się ciężkie, dało o sobie znać zmęczenie. Dotarłem do drzwi w przeciwległej ścianie pomieszczenia i - zamiast po sekundzie znaleźć się po drugiej ich stronie - wyrżnąłem głową w twarde drewno. Szarpnąłem drzwi – nie ustąpiły. Zamiast tego nagle zaczęły stapiać się ze ścianą i po chwili stałem przed gładką, niczym niewyróżniającą się, marmurową powierzchnią.
Rozejrzałem się trochę po naszym tymczasowym, jak byłem przekonany, więzieniu. Znajdowaliśmy się w olśniewającej przepychem komnacie. Złota klatka bogato zdobionych ścian. Zrezygnowany, odwróciłem się z powrotem do drzwi. Nie było innej drogi wyjścia.
Podświadomość krzyczała:
- „To niemożliwe!! Nie obudziłeś się!! Śnisz!! Tutaj możesz wszystko!”
”Wszystko” gdzieś zniknęło. Byłem zamknięty w miejscu bez wyjścia. Zaciągnięty mimowolnie w pułapkę. Jak Merlin i Morgana – pomyślałem z gorzkim uśmiechem.
Bo przecież nie byłem zamknięty sam…
I nagle świadomość tego sprawiła, że przymusowe zamknięcie nie wydawało się już takie straszne.
Stukot Jej obcasów na posadzce gdzieś za mną. Szła powoli. Skrzypienie Jej płaszcza z czarnej skóry. Szelest Jej sukni opadającej - wiedziałem to – na podłogę. Jej zapach, przytłaczający inne zmysły. Wreszcie dotyk Jej dłoni, zakrywających mi oczy i oplatających twarz.
END FOR NOW
|
Opinie czytelników serwisu : |
Ulubione Poleć Drukuj |